niedziela, 2 kwietnia 2017

Logan - recenzja

Logan - nie ma chyba drugiego komiksowego herosa, który byłby tak mocno kojarzony ze swoim filmowym odpowiednikiem. Mimo, że aparycja Hugh Jackmana od początku wydawała się być przeciwieństwem oryginalnego wizerunku Wolverine’a to sprawdził się w tej roli niemalże idealnie, a masowa widownia pokochała jego interpretację i zdążyła się z nią już w pewnym stopniu zżyć. Siedemnaście lat, dziewięć filmów, żaden inny aktor dotąd nie miał okazji wcielić się w żadną komiksową postać na tak długo. Niestety do tej pory solowe filmy
o przygodach Rosomaka, delikatnie mówiąc, nie były zbyt dobre. „The Wolverine” był kompletnie nijaki, zaś „Geneza” to jeden z najgorszych filmów superbohaterskich jakie kiedykolwiek powstały i zdaje się, że do tej pory wszyscy starają się o niej tylko zapomnieć. Co innego na szczęście można powiedzieć o pierwszych dwóch filmach z serii X-men. Mimo upływu lat, zbytnio się one nie postarzały i nadal stanowią jedne z najważniejszych produkcji opartych na komiksach jakie powstały, a ich wpływ na cały gatunek jest widoczny po dziś dzień. To one właśnie przyczyniły się do popularyzacji historii o superbohaterach w kinie i wyznaczyły nowe standardy ich adaptowania na duży ekran. Poza tym, wywindowały popularność Jackmana na światową skalę zarazem otwierając mu furtkę do hollywoodzkiej kariery. Jest więc co wspominać i chyba każdy się zgodzi, że Hugh Jackman jak mało kto zasługiwał na godne pożegnanie ze swoją już ikoniczną rolą.

Fabuła „Logana” przenosi nas do niedalekiej przyszłości, dokładnie do 2029 roku, kiedy to rasa homo superior jest już na skraju wyginięcia. Pozostało zaledwie paru mutantów, którym zresztą przyszłość także nie rysuje się w jasnych barwach. Są prześladowani jak nigdy dotąd, a ząb czasu dał im wyraźnie o sobie znać. Logan zdecydowanie nie jest już tym samym herosem co przed laty, brak mu tej samej zwinności i wytrzymałości, a umiejętność regeneracji nie działa już tak sprawnie. W dodatku cały jego organizm jest nieustannie zatruwany przez szkielet z adamantium. Na domiar złego, w ostatnich latach śmierć ponieśli praktycznie wszyscy jego przyjaciele, pozostał jedynie niedołężny Profesor X, którym to Wolverine’owi przyszło się opiekować. Podsumowując, świat ponownie postawił Logana pod ścianą, zabrał mu wszystko co kochał i wymusił powrót do starego, bardziej zdziczałego trybu życia. W tym momencie liczy się tylko przetrwanie. Nic mniej, nic więcej.

Sytuacja jednak ponownie się zmienia, a cały jego świat zostaje powtórnie wywrócony do góry nogami, gdy pojawia się Laura. Dziewięcioletnia dziewczynka, która jak się okazuje ma identyczne zdolności co Wolverine. Stanowi ona nową nadzieję dla rasy mutantów. Po licznych namowach Xaviera, Logan ostatecznie decyduje się nią zaopiekować i przetransportować ją do miejsca znanego pod nazwą „nowy Eden”, w której to podobno ukrywają się ostatnie jednostki z gatunku homo superior. Misja jest o tyle kłopotliwa, że ściga ich po zęby uzbrojona jednostka militarna, dosyć wątpliwe jest samo istnienie owego przytułku, a sam Logan podchodzi do całej sprawy raczej niechętnie. Nie wierzy w powodzenie i sens całej misji i co najważniejsze nie chce powtórnie rozdrapywać ran, o których już zdążył zapomnieć.

Wszystko jednak wskazuje na to, że będzie musiał. Droga, którą przyjdzie przebyć protagonistom jest o tyle niekomfortowa, że to raczej ich wędrówka wewnętrzna. Bohaterowie muszą na nowo się zrozumieć, zaakceptować własną przeszłość, błędy, które popełnili i nauczyć się żyć na nowo. To droga w poszukiwaniu odkupienia rodem z klasyki westernu, do której Mangold tu klarownie nawiązuje. Choć czasami robi to nawet zbyt dobitnie. Dla przykładu przytoczę scenę, która ma miejsce w środku filmu. Mianowicie w pewnym momencie nasi protagoniści zatrzymują się w hotelu, a tam Xavier wraz z Laurą siadają na kanapie i zaczynają oglądać telewizję, w pewnym momencie natrafiają na „Jeźdźca znikąd” z 1953 roku. Przy czym zaczynają o tym filmie rozmawiać, a cała scena trwa jakieś dobre 3 minuty. Jakże subtelnie… Na takich elementach scenariuszowych się ten film niestety wykłada. Jest takich szczegółów w filmie parę, które mocno kłują w oczy. Niektóre mniej, drugie zaś jeszcze gorzej. Ironicznie cala ekspozycja, z którą mamy okazję się zapoznać w pierwszym akcie jest bardzo dyskretna i wygrana w większości na drobnych niuansach, dla niektórych widzów pewnie nawet niezauważalnych. Niestety czym dalej, tym mocniej i nachalniej reżyser oświadcza widzowi co ma na myśli. Jest to na tyle inwazyjne i szkodliwe, że wytrąca widza z rytmu.

Jednak wbrew pierwotnym skojarzeniom ciężko ten film jednoznacznie zaszufladkować pod szyldem z napisem „post-apo”. To tak naprawdę istny gatunkowy misz masz. Nie brakuje tu elementów superhero, kina akcji, westernu, survivalu czy przede wszystkim dramatu psychologicznego, a nawet w pewnym stopniu rodzinnego. Konwencje te nie są na szczęście w żaden sposób syntetycznie ze sobą wplecione w fabułę, raczej wynikają z siebie nawzajem. Co sprawia, że „Logan” działa wielopłaszczyznowo. Zarówno jako poruszająca opowieść, jak i angażująca rozrywka.

Przechodząc do motywów typowych dla kina popcornowego to trzeba przyznać, że sceny akcji mimo znacznego zmniejszenia skali i częstotliwości nadal robią wrażenie. Jednak w zupełnie inny sposób. Podjęcie decyzji o nakręceniu „Logana” pod kategorię wiekową R, pozwoliło twórcom po raz pierwszy pokazać tą niepohamowaną dzikość Wolverine’a, która w komiksach była zawsze integralną cechą tej postaci. W końcu mamy okazję zobaczyć jak Logan używa tych swoich niezniszczalnych szponów w praktyczny i wiarygodny sposób. W związku z tym nie brakuje tu masy krwi, odrywanych kończyn, czy przekłuwania ciał przeciwników na wylot. Komu jak komu, ale temu bohaterowi ta kategoria sprzyja i jest jak najbardziej przy tej produkcji uzasadniona. Wpasowuje się w tą brudniejszą i zdecydowanie dojrzalszą konwencję, a jednocześnie jest po prostu satysfakcjonująca. Ostatnio pisałem o tym, że od dawna nikt tak pięknie nie zabijał na ekranie jak John Wick, gdy jednak w grę wchodzą ostre narzędzia to Logan bezprecedensowo wygrywa.

Jak na pożegnania przystało scenarzyści skrzętnie starają się domknąć wszystkie wątki, a aktorzy starają się dać z siebie absolutnie wszystko. Wyróżnia się tu przede wszystkim Patrick Stewart, który starszego, już zrzędliwego profesora X posiadającego problemy z demencją zagrał pierwszorzędnie. Hugh Jackman nadal robi to samo tak świetnie jak przez ostatnie 17 lat, a Dafne Keen jak na dwunastolatkę okazuje się wyjątkowo dobrze czuć w roli X-23. Jej występ jest tu o tyle istotny, że na nim opiera się cały film i stanowi główny motor napędowy całej historii. Nie wiem jak ona tego dokonała, ale sprawdza się zarówno w roli małej maszyny do zabijania jak i zwykłego dziecka, które po prostu potrzebuje miłości, akceptacji i opieki. Na wyróżnienie zasługuje też Boyd Holbrook wcielający się w Pierce’a, głównego antagonistę całego filmu. Ku mojemu zaskoczeniu okazało się, że świetnie się on czuję w roli nemezis i potrafi się tą kreacją naprawdę bawić. Na jego nieszczęście bohater przez niego grany jest trochę za słabo zarysowany i w pewnym momencie wydaje się być wręcz zbędny dla fabuły.

Tak jak można było się spodziewać, „Logan” okazał się być filmem wyjątkowym na swój sposób. Nie jest to może rewolucja na miarę „Mrocznego Rycerza”, ale raczej błogi powiew świeżości, który miejmy nadzieję da trochę do myślenia zarówno twórcom, jak i producentom, że nie ma jedynej prawidłowej metody adaptowania komiksów na język kina. I nie mam tu na myśli samej kategorii R, a raczej konstrukcję scenariusza, wolniejsze tempo, sposób opowiadania historii i nacisk na inne elementy świata przedstawionego. Nie obyło się bez skaz i od czasu do czasu spod tej warstwy oryginalności daje o sobie znać zarówno kicz, jak i sztampa, ale potrafię to wybaczyć, kiedy reżyserowi udaje się stworzyć coś po prostu nowego. Mangold udowodnił, że superbohaterowie nie muszą za każdym razem ratować świata przed śmiertelnym niebezpieczeństwem z trzystu milionowym budżetem na ramieniu. Jak się okazuje problemy jednego herosa mogą się stać się równie wdzięcznym tematem, a nawet i ciekawszym, bo nie oszukujmy się… Wszyscy wiemy, że Wolverine poradziłby sobie z kolejnym końcem świata. Czy jednak byłby w stanie stawić czoła własnemu „ja” i znaleźć tak długo upragniony spokój? Tego nie byłem pewien. Gdybym miał jednym określeniem określić czym jest „Logan” to nazwałbym go listem pożegnalnym. Pełnym zrozumienia i miłości do postaci, którą się przedstawia. Film wytyka wszystkie przywary i eksponuje zalety. Podsumowuje cały jego dorobek bez zbędnej nostalgii i setki retrospekcji. Oferuje zaś tę ostatnią cegiełkę, która utkwi nam w pamięci jeszcze na długo.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz